piątek, 29 października 2010

Amerykańska Księżniczka i nowe questy do wykonania

Przyjemnie jest myśleć i pisać o sukcesach, zwłaszcza jeśli jest się realistą ze zbyt widocznymi skłonnościami do pesymizmu; tak też było we wrześniu gdy wziąłem udział w pewnym konkursie. Najpierw jednak opiszę krótko co się u mnie działo, ponieważ październik ma się już ku końcowi. A działo się naprawdę sporo, co więcej większość wydarzeń była mocno pozytywna.

W dużym skrócie: wakacje były naprawdę udane. Koniec. Kropka. Co prawda odbyły się pod znakiem nieustającego pilnowania finansów, gdyż potrzebne mi były fundusze na zakup Playstation 3. Może ktoś powiedzieć, że jestem nienormalny, bo choćby śledząc tego bloga można się z grubsza doliczyć ile sprzętów posiadam, ale o tym później. Wracając myślami do lipca, sierpnia i września, warto przede wszystkim wspomnieć wyjazdy: do Borów Tucholskich i tradycyjnie do Wilgi, oba w towarzystwie Miaukocyta. Kot jak to Kot, lubił sobie czasem pomiaukoczyć, ale o dziwo obyło się bez drapania i gryzienia. Bory okazały się niezłym obozem przetrwania, który to tradycyjnie przypłaciłem bolesnym kontaktem z morderczym słoneczkiem (naprawdę czas kupić T-Shirt z napisem "Sun is tryin' to kill me") i niezłym pocięciem przez krwiożercze muchy. Na następne wakacje kupię sobie skafander ochronny, to może tym razem nie napuchnę jak balon. Zepsuliśmy i naprawiliśmy kilka sprzętów, lecz generalnie leżało się do góry brzuchem przez kilka dni, grając mało, jedząc mało i sr*jąc mało, za to nadrabiając wypitym piwskiem. Wyjazd ten zaowocował także niezwykłą kolekcją rasistowskich chamskich dowcipów, odkryciem Magicznej Walizki Lasa (lepszej niż latający kufer), a Miaukocyt dostał nowego pluszowego kolegę, czyli Filona przywiezionego na rowerze z Czarnej Wody w czterdziesto-stopniowym upale. Drugi wyjazd równie udany i równie leniwy, z wykupionymi śniadaniani i obiadami na ośrodkowej stołówce z zastawą, która pamięta czasy świetności PRLu. Tam też, pod przysłowiową lipą, gruszą, lub jak kto woli po prostu sosną, dawałem się ponieść przypływom weny niczym Alan Wake, tworząc arcydzieła, które możecie przeczytać na Consoleo.pl
Mówiąc o pisaniu, wypadałoby też się pochwalić rozpoczęciem współpracy z portalem Miasto Gier, na którym niebawem pojawią się moje wypociny poświęcone konsoli Nintendo Wii i grom na nią przeznaczonym. Blog VideoGamer.pl został chwilowo zawieszony, co poczyniliśmy z wielkim bólem, niemniej chęć wspólnego tworzenia daje o sobie znaki, więc najprawdopodobniej wrócimy, z wielkim pierdolnięciem of course. Daje to wszystko całkiem sporo zajęć, co w połączeniu z większą ilością godzin spędzanych na uczelni przekłada się na brak czasu na siedzenie z padem w dłoniach przed telewizorem. Swoiste kuriozum, bo pisząc o grach nie mam czasu po prostu w nie grać. A mam ostatnio w co pograć, bo pomijając "niewycalakowane" pozycje przeznaczone mojemu zaczynającemu zbierać kurz X360, konsolowa rodzinka powiększyła się ostatecznie o stacjonarny sprzęt Sony, na którym zagrywam się jak na razie tylko w Battlefield: Bad Company 2 i "popierdółki" z Playstation Network. Jeśli takie perełki jak Trine czy Deathspank można tak określać. Jutro, a właściwie patrząc na zegarek już dziś udam się na ulicę Chłodną w Warszawie, celem zakupienia kolekcjonerskiej edycji trzeciej części Fable, co będzie dobrym powodem do odkurzenia Xboxa. Obiecywałem sobie, że nie będę kupował w Ultimie, lecz skusiły mnie dodawane bonusowo kości do gry z motywem z Fable. Sklep tradycyjnie zaliczył obsuwę i kiedy inni już sobie grają, ja po swój egzemplarz będę mógł pojechać dopiero jutro.

"Poznałem ją!" - tak w skrócie mógłbym podsumować fotografię, która widnieje po lewej. Stało się to możliwe, dzięki wzięciu udziału w konkursie Ery, w którym dzięki ciężkiej pracy polegającej na spędzeniu kilku ładnych godzin w Adobe Premiere Pro na montażu filmików, udało się wygrać wejściówki na koncert ze spotkaniem z Katy dla mnie i Miaukocyta. Miałem więc niepowtarzalną okazję zapytać, czy ona i jej narzeczony (od kilku dni mąż) też TO robią. Wielka była moja radość, gdy Katy z uśmiechem na ustach przyznała, że robią TO i na dodatek jest w tym od swojego partnera lepsza. Lubi TO robić z Nintendo Wii oddając się partyjkom w tenisa z pakietu Wii Sports oraz od lat lubi TO robić z Mario, wchodząc w różnorakie rury i zbierając grzybki. Nie omieszkałem o tym napisać w stosownym felietonie na Consoleo. Sama Katy Perry jest bardzo kontaktową i sympatyczną dziewczyną, pomimo pokaźnej ilości makijażu w pewien sposób naturalnie piękną i zrobiła dokładnie takie wrażenie, jakie sprawiała gdy oglądałem ją tylko na zdjęciach. Przyznam się bez bicia, że koncert również cholernie mi się podobał, a uwierzcie, że jest to prawdziwa pochwała z ust kogoś tak negatywnie nastawionego do muzyki pop, jak ja. Cała moja industrialno-post-metal-core'owość poszła się kochać podczas wieczoru spędzonego w towarzystwie Katy i jej fanów. Pseudofanów nastawionych na lans za wszelką cenę pomijam, tak samo jak ludzi z Saatchi & Saatchi, którzy od czasów ARG Microsoftu mnie chyba prześladują. Niemniej, wygranie konkursu z Katy można chyba zaliczyć do sukcesów i patrząc z perspektywy ostatnich dni, miesięcy, nawet roku mogę powiedzieć, że cholera, ja jestem ostatnio szczęśliwy. Trochę przerażająca jest myśl, że się do tego przyznałem, bo choć nie jestem przesądny, to nie lubię się takimi rzeczami dzielić. Jest to chyba jednak odpowiedni moment by przyznać, że "nie jest tak źle", co oczywiście zapewnia też od ponad roku obecność miaukoczącego Miaukocyta.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym na koniec odrobinę nie ponarzekał. Zrobiłem sobie ostatnio taki życiowy "rachunek sumienia" i doszedłem do wniosku, że choć zdecydowanie coś się ruszyło i np. niebawem wreszcie zapiszę się na kurs na prawo jazdy, to jest wiele rzeczy o których marzę i wydają się totalnie niedostępne. Najgorsze jest to, że przyglądając się temu bliżej, dochodzę do wniosku, że nie mam jakichś kosmicznych wymagań. Ponieważ zapisanie swoich myśli jest bardziej zobowiązujące, niż ciągłe przewracanie ich w głowie postanowiłem poczynić to tutaj. Oto moja lista planów i życzeń z krótkimi opisami:

Lista skilli do wykupienia i rozwinięcia:
  1. Lepiej pisać - zdaniem niektórych ponoć jestem w tym dobry o czym ma świadczyć, o ironio, brak poklasku ze strony nastoletnich fanów Call of Duty dla moich okołogrowych tekstów. Ponieważ prawdziwy profesjonalista to człowiek, który nieustannie się rozwija, chciałbym móc obserwować u siebie nieustanny progres i rozwój warsztatu pisarskiego, gdyż jako amator tym bardziej powinienem się przykładać. I obawiam się, że nie obędzie się bez przeczytania jakiegoś opasłego, mało przyjemnego tomiszcza poświęconego zagadnieniom dziennikarskim.
  2. Zrobić prawo jazdy - to chyba nie wymaga komentarza
  3. Nauczyć się programować na tyle, by stworzyć jakąś grę - najlepiej we Flashu, albo w Javie i C, bo fajnie by było coś napisać na Androida. Wątpię bym chciał i mógł kiedyś pracować jako programista, ale poziom wystarczający do popełnienia prostej gry RPG w zupełności by mi wystarczył. Jak widać zajęcia na uczelni mi nie wystarczyły i apetyt rośnie w miarę jedzenia.
  4. Zwiększyć poziom opanowania Photoshopa - tu nie ma co tłumaczyć proste, że narzędzie się do wielu rzeczy przydaje i nie mam tu na myśli przerabiania słit-emo-fotek z ręki.
  5. Zwiększyć poziom opanowania Adobe Premiere - montaż video jest niezbędny do videorecenzji, więc tutaj też nie ma co się rozpisywać, dodatkowo przydałyby się jakieś efekty, więc i Adobe After Effects się kłania
  6. Lepiej mówić i pisać po angielsku - spotkanie z Katy pokazało, że nie mam problemów z dogadaniem się z Amerykanką, lecz mimo wszystko chciałbym opanować język Szekspira na tyle, by pisać w nim felietony i recenzje oraz mówić z takim fajnym brytyjskim akcentem jak Peter Molyneux.
  7. Nauczyć się wreszcie choć podstaw japońskiego - jak będę w stanie ogarnąć jakiegoś prostego japońskiego "zakrzaczonego" RPG to będzie dobrze. Wiadomo iż taka umiejętność byłaby nieoceniona i dawałaby mi przewagę wśród innych recenzentów
  8. Nauczyć się grać na gitarze - kiedyś umiałem coś zagrać, teraz zapewne już nic ale moja umęczona artystyczna dusza domaga się bym wreszcie choć trochę opanował szarpanie strun.
  9. Powrócić do komponowania muzyki na komputerze - Katy zasługuje na jakieś porządne remixy, a nie ten crap, który można znaleźć na drugiej płycie Teenage Dream :P
  10. Nauczyć się tańczyć - rządzić na parkiecie wśród gothów wijących się jak ameby było nietrudno. Do klubów nie chodzę i generalnie mam gdzieś całą tą modę na "mamsralent" czy "jukendens". Dlatego też fajnie by było umieć się ruszać, by takich młodych lansiarzy móc bez zażenowania krytykować ;)
Lista Questów do zrobienia:
  1. "Mam ciekawą i przyzwoicie płatną profesję" - każdy heros w World of Warcraft może sobie wybrać jakieś ciekawe zajęcie: krawiectwo, jubilerstwo, kowalstwo itp. Możemy w ten sposób zyskać sławę, pieniądze i magiczne przedmioty. Dlatego też fajnie by było, bym w tzw. real life zajmował się czymś co lubię. Pech chciał, że jestem dobry w kilku rzeczach na raz, a w żadnej nie jestem ekspertem. Co gorsza, najlepiej idzie mi pisanie, a dokładniej pisanie o tym co mnie interesuje i na czym się najlepiej znam, czyli o grach video. Konkurencja ogromna, płace słabe, dlatego też dobrze by było pisanie traktować jako formę dorabiania sobie, dla przyjemności, a regularną pracę mieć u któregoś z rodzimych developerów gier i aplikacji, lub na jakimś portalu. Najlepiej w formie projektanta, bo znowuż niektórzy twierdzą, że mam dobre pomysły i byłbym w tym dobry. Mam wrażenie, że to zuchwałe pisać takie plany, co gorsza podobne ma każdy nastoletni-ekspert-do-spraw gier, ale ilekroć patrzę jakie bzdury pojawiają się na niektórych opłacanych portalach to mam wrażenie, że jednak mam szansę.
  2. "Mój zamek ma mnóstwo pułapek i skarbów" - o własnym mieszkaniu marzy każdy, nie mam dużych wymagań, ale chciałbym by było ulokowane na Ursynowie lub Służewiu na przyzwoitym osiedlu (czytać: nie zdemolowane windy itp) i nie było zbyt ciasne. Ważniejsze jest wyposażenie: czyste, funkcjonalne i nowe.  I oczywiście miejsce na gry i konsole :P
  3. "Mam epickiego mounta 320%" - być może jestem dziwny i coś jest ze mną nie tak, ale nigdy nie interesowałem się samochodami. Jedyny model, który naprawdę mi się podoba to Mini Cooper, nie wiem dlaczego. Jest nieduży, nowoczesny a w klasycznym stylu. Niestety jest to dość droga zabawka, choć ostatnio dużo się ich widuje na ulicach. Wystarczyłby Mini One, czarno-srebrny. Używany kosztuje poniżej 20 tysięcy. W sumie nie jest to bardzo dużo, dla normalnie zarabiającego człowieka. Problem w tym, że w tym kraju bez kombinowania mało kto zarabia normalnie.
Generalnie jakbym wypełnił powyższe punkty, mieszkał z Miaukocytem i zapewniał sobie regularnie lekarskie dawki nowych dobrych gier, filmów, muzyki i spotkań z przyjacółmi stwierdziłbym, że wiele w życiu zmieniać już nie chcę. Choć jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia...

1 komentarz:

semprini pisze...

Lista imponująca. Osobiście mam ten sam problem - znam się na różnych rzeczach, parę z nich wychodzi mi nieźle, ale tak naprawdę chwilami krecę się jak kurek na dachu. Ja właśnie ostatnio stanąłem na kolejnych rozdrożach i zastanawiam się: "po chuj mi studia informatyczne, skoro potem będę w najlepszym wypadku dłubał godzinami kod w C++, ewentualnie podpinał kabelki przy biurkach głupich cip z działów marketingu".
Uważam, że:

1. Oprócz fotoszopa i premiera warto poznać ilustratora. A jak już edziemy po całości, to "znajomość AfterEffects załatwi Ci robotę w TVN", pamiętaj. Moje 25 giga pozdrawia i przypomina o sobie jednocześnie. ;)

2. Programowanie to cholernie ciężki kawałek chleba. I nudny jak - nie przymierzając - coś bardzo nudnego.

Co do questów, to punkt pierwszy jest niedościgłym marzeniem każdego bez wyjątku, drugi już - na szczęście - mam załatwiony (rozczarowująco mało expa wpadło), a trzeci w planach. Ale Mini Cooper jest za mały dla mojego kompleksu małego fiutka - pewnie kupię Passata 2006.