sobota, 19 grudnia 2009

Christmas in a Zombieland

Długo nie pisałem, bo zwyczajnie mi się nie chciało. Tym razem będzie o filmie i kilku innych rzeczach. Byliśmy na tym z Kotem w kinie bo bardzo lubię takie klimaty.
Opuszczone miasta wypełnione jedynie żądnymi świeżego mięsa kreaturami, pojedynczy ocalali którzy próbują przeżyć, nie ześwirować i odnaleźć trochę szczęścia. Było to w filmie I am legend, jest tego trochę w serii gier Fallout. Do tego bawią mnie klimaty zombie, jestem wielkim fanem serii Resident Evil a dokładnie gier, bo filmy z tej marki to kalectwo naprawdę dobrej fabuły. Zacierałem więc ręce na film, które będzie prześmiewał te wszystkie schematy. Niespodzianka polegała na tym, że Zombieland okazał się produkcją dającą dużo do myślenia. Główny bohater to gość, który całe swoje dotychczasowe życie spędził w lekkim odosobnieniu. Lekki paranoik, zapewne zarażony tym od swoich rodziców o których wspomina tylko tyle, że z powodu ich stylu życia i tego, że są większymi paranoikami od niego, wyprowadził się z domu. Spędzał całe dnie przed komputerem unikając kontaktów międzyludzkich gdyż tkwił w przekonaniu, że inni nie życzą mu zbyt dobrze. Całe dnie spędzał grając w World of Warcraft. W tym momencie filmu Kot miauknął "skądś to znam". O owszem, ja znam to nad wyraz dobrze. Cały trick polega na tym, że gość przez swoją przesadzoną ostrożność i paranoję zostaje jednym z ostatnich ocalałych na terenie opanowanych przez zombie Stanach Zjednoczonych. Co więcej stwierdza, że Zombieland nie różni się prawie niczym od świata w którym żył wcześniej. Samotny wśród ludzi czy samotny wśród zombie, who cares? Poza tym wszystkim, film jest naprawdę sympatyczną komedią a dobrą zwłaszcza dla fanów wspomnianych przeze mnie motywów.

Obserwując tydzień później ludzi podczas wycieczki po koci prezent do Arkadii naszła mnie genialna filozoficzna myśl, że na dłuższą metę rozumiem bohatera filmu. Za cholerę nie mogę zrozumieć pewnych rzeczy, które kierują ludźmi. Święta z roku na rok wydają mi się coraz bardziej obrzydliwe ze względu na swoją otoczkę. Podobno Polakom żyje się lepiej (albo biorą więcej kredytów) co przekłada się na atmosferę w centrach handlowych i w ogóle w całym mieście. Teraz istnieje coś co nazwałbym "świątecznym lansem". Wszyscy zapierdalają w te i nazad po sklepach przy akompaniamencie powtarzanych w kółko do wyrzygania amerykańskich kolęd. Ja sobie zdaję sprawę, że polskie kolędowe smęty nijak się do tego nie nadają, z resztą też ich nie lubię. Ale ludzie, litości! Czemu wszędzie musi lecieć to samo?! Jazzowe aranżacje przypominają mi przez to klimaty wspomnianego już Fallouta a konkretnie trzeciej części. Aż się prosi wyjąć jakąś klamkę samoróbkę i porozwalać mutantom łby. Z oczywistego braku celów mogą być bananowe dzieci, bo tych jest coraz więcej i mnożą się chyba w postępie geometrycznym. Wyobraźmy sobie, że od świńskiej grypy wszyscy zamieniają się w zombiaki. Czy iPhone (iChuj) albo buty od La Coste (La Chooy) miałyby jakieś znaczenie? Nie! Bo wszyscy by mieli ochotę skonsumować mój i Twój mózg drogi czytelniku, a to co miałbyś w danym momencie na sobie miałoby znaczenie tylko wtedy gdy lekkie buty uratowałyby Cię podczas ucieczki przed stadem amatorów ludzkiego mięsa.

Być może jestem hipokrytą bo w tym roku materialnie bardzo mi się polepszyło, czyli mówiąc bardziej szczegółowo po prostu kupiłem sobie (i dostałem) kilka rzeczy które bardzo chciałem. Kocia obecność w połączeniu z tym bardzo ratuje sprawę. Jednak jeśli święta nadal wpływają na mnie mocno negatywnie to znaczy, że same w sobie są z roku na rok coraz gorsze. Ogólnie czuję się życiowo osaczony. I w sumie dobrze by mi się żyło w takim Zombielandzie. Nie musiałbym czytać idiotyzmów na facebooku. Nie musiałbym się martwić tym, że poza Kotem nie ma nikogo kto chciałby mi poświęcić więcej uwagi bo zwyczajnie wszyscy by byli martwi. Nie musiałbym kończyć studiów i przejmować się pieniędzmi. Nikt by mi nie powtarzał, że nic ze mnie nie będzie. I nie czułbym się tak przegrany. A zawsze ciekawie by było jeździć sobie zmodyfikowanym opancerzonym samochodem i rozwalać martwiakom łby przy akompaniamencie świątecznych jazzowych piosenek...

2 komentarze:

Jaskra pisze...

A ja dostałam na gwiazdkę dwie powieści historyczne (oczywiście dziejące się / dotyczące Rosji) i widzę że tragedia to oblężenie Leningradu, albo terror 1937 roku :P a nie pogoń za iChujami ^^ czy wywalenie ze studiów, czy inna nieśmiertelna sprawa. Ale jak nad głową nie latająmi niemieckie bombowce, to i egzamin jest przerażający :) wszystko zależy od kontekstu. To pisze Wredonika przez przypadek jestem zalogowana jako Iwo, a jak sie wyloguje to komentarz przepadnie, bo na blogspocie często/ zawsze nie można wklejać treści :/

wredo pisze...

jakie prełamaniem ja tej kasy wcale nie żałuję :P i nie zastanawiałam się ani chwili czy napewno warto. A za Iron Maiden też 120 zapłąciłąm jakoś. Wredo